2013-12-13

Business English. What else?



Czy nauczanie języka biznesu może być twórcze również dla tych, których uczymy? Czy uczenie innych języka obcego, zwłaszcza specjalistycznego, to tylko rutyna i utrwalanie schematu? Czy można przełamywać barierę myślenia o „języku w języku”? Myślę, że tak. I to skutecznie.


#1        Słowo jako obraz

Ji Lee, artysta grafik i dyrektor kreatywny Facebooka, wydał w 2011 r. książkę „Word as Image”. To zbiór prawie stu, perfekcyjnie opracowanych animowanych grafik, które przedstawiają słowo jako obraz. Reprezentacja graficzna słowa właśnie tu staje się najważniejsza. Skłania do skojarzeń. Podsuwa pomysły. Odsłania, wreszcie, metaforykę słów i magię znaczeń zawartą w prostych literach. Często zbudowany obraz podpowiada skojarzenia nie wprost. Odsyła nas do spenetrowania własnej graficznej wyobraźni. I, do tego, uczy. Uczy wyobraźni. Testuje ją zarówno na poziomie obrazu, jak i tekstu. Ale, przede wszystkim, jest odniesieniem kulturowym, osadzonym mocno w anglosaskiej tradycji. 

Ji Lee, Word as Image, 2011, Perigee Books, a Division of Penguin Books



#2        Słowo jako znak

Ucząc innych języka specjalistycznego, w moim przypadku – biznesowego języka angielskiego - odwołuję się do wspólnych doświadczeń, jakie mogę mieć z grupą ludzi. Do podobnego, zbudowanego na zbliżonych skojarzeniach sposobu pojmowania świata. Do utrwalonego, znajomego kodu językowego. I w tym przypadku semiotyka, czyli nauka o znakach, doskonale uatrakcyjnia szkolenia biznesowe. Słowo, słowo pisane, jest przecież znakiem. I wszyscy świetnie je rozpoznajemy, gdyż codziennie widzimy znaki wokół siebie. Stosujemy skróty graficzne, piszemy sms-y i maile, używamy mediów społecznościowych, a co za tym idzie, używamy emotikonów. I te wszystkie uśmiechnięte (zazwyczaj) ikonki, są świetnym dopełnieniem rozważań na temat znaczenia znaków w naszym świecie. J Użytkownicy Facebooka i Twittera wiedzą, jak łatwo prosty tekst „ubrać” w przenośne znaczenie. To, czego nie powiedzą słowa, powie nam obraz J L. Taki, jak ten, wykreowany na zajęciach z amerykańskimi studentami grafiki, przez Ji Lee. Znak naszych czasów, ale, przede wszystkim, znak przenoszący nas do amerykańskiego sposobu myślenia o świecie, w tym o świecie biznesu także.

Keep smiling! Don’t worry. Be happy!


Ji Lee, Word as Image, 2011, Perigee Books, a Division of Penguin Books



#3        Na początku było… słowo?

Jeśli na początku było słowo…

Idea
Ji Lee, Word as Image, 2011, Perigee Books, a Division of Penguin Books


… to zaraz za nim, a może właśnie odwrotnie, na samym prapoczątku, był także pomysł. Idea. Prosta. Klarowna. Bogata w znaczenie. Wszyscy użytkownicy Facebooka wiedzą, jak zrobić sobie zdjęcie, jeśli nie ma nikogo, kto mógłby nam w tym pomóc. Tak więc, na początku jest czynność, a zarazem potem, chęć jej nazwania. W ten sposób stale poszerzamy granice języka. Dlatego angielskim słowem roku 2013 stało się, zasłużenie, słowo „SELFIE”.  Co to znaczy?  Nic prostszego. To fotografia zrobiona samemu sobie, np. smartfonem i umieszczona na portalach społecznościowych. Słowo to robi zawrotną karierę. I dziś wszyscy go używamy. I to nie tylko w języku angielskim...


#Słowa, słowa, słowa. To także #hashtagi (kluczowe słowa na Twitterze i Facebooku). To słowa w chmurze #tagów umieszczane na blogach i stronach internetowych. To wszystkie te słowa, które znamy, i te, które dopiero czekają na swoją kolej. Słowa kluczowe do zrozumienia świata. Słowa ważne w biznesie, gdyż każda drobna pomyłka może nas wiele kosztować. Dlatego warto uczyć się angielskiego, biznesowego słownictwa. Warto, przy okazji, przełamywać własną barierę w myśleniu o języku obcym. I warto to robić skutecznie,  i  ... z wyobraźnią. 

2013-09-17

CYFROWA KLASA FBT W TWOJEJ SZKOLE!



... czyli nauka języka angielskiego

dla dzieci z klas 1-6 w twojej szkole w Świdnicy! 

Dołącz do nas na Facebooku!

http://cyfrowaklasafbt.blogspot.com
Znajdziesz nas na zajęciach:


  1. w Szkole Podstawowej nr 8 - w poniedziałki i piątki o godz. 14.30 (grupa klas II i III), sala nr 27 w budynku głównym. Bardzo dziękujemy za uczestnictwo w lekcji pokazowej. Było naprawdę inspirująco... 
  

2.  w Szkole Podstawowej nr 4 - we wtorki i czwartki o godz. 14.30 (grupa klas II i III), a także o godz. 15.30 (grupa klas V i VI), sala nr 20

3.  w Szkole Podstawowej nr 1 - we wtorki o 12.45 (sala nr 5) i czwartki o 11.30 (grupa klas II), sala nr 22


CYFROWA KLASA 

czyli… 

Dlaczego warto uczyć się z nami? I co proponujemy? 

  • nowoczesne technologie w szkolnej klasie: laptopy i tablety z dostępem do Internetu
  • twórcze i kreatywne zajęcia: gry językowe, zagadki, quizy, piosenki, blogi
  • uwielbiamy język angielski i dzielimy się naszą pasją z dziećmi
  • praca w małych grupach: od 7 do 12 osób
  • aż 8 zajęć w miesiącu, czyli zajęcia 2 razy w tygodniu
  • koszt zajęć w miesiącu to 100 zł
  • i… najważniejsze:  

Państwa dzieci wyrównują szanse językowe w swojej szkole! 

A tak było podczas spotkań w świdnickich szkołach podstawowych nr 8., nr 4. i nr 1.:






Dziękujemy także rodzicom ze Szkoły Podstawowej nr 1. w Świdnicy za zaangażowanie i uczestniczenie w lekcji otwartej. Było nam bardzo miło Państwa gościć tuż przed świętami.:)

17.12.2013 r. - lekcja otwarta dla rodziców w Szkole Podstawowej nr 1. w Świdnicy. Byliśmy pod wrażeniem.:)


ZAPRASZAMY DO #CYFROWEJ KLASY!

Zapisz już dziś swoje dziecko do CYFROWEJ KLASY w szkole w Świdnicy! 
W styczniu i lutym rozpoczynamy zapisy do nowych grup dla klasy II,III i IV.:)
DOŁĄCZ DO NAS TAKŻE NA FACEBOOKU !



2013-08-03

A City

Miejsce, w którym żyjemy, określa nas samych. Jean Cocteau powiedział kiedyś prawdziwie, że „różnica między dużym a małym miastem polega na tym, że w dużym mieście można więcej zobaczyć, a w małym więcej usłyszeć.” Myślę, że świdniczanie, którzy zaludniali moje miasto na przestrzeni wieków, dziś mieliby poważny problem z definicją, tak sportretowanego, miasta wielkiego i miasta małego.

#1 To, co można zobaczyć
Świdnica, przecież, była przez kilkaset lat możnym i świetnie zorganizowanym księstwem świdnickim. Od czasów pierwszego piastowskiego księcia Bolka I, który używał tytułu „Książę Śląska i Pan na Książu”, i który zbudował potęgę księstwa, trwał rozwój miasta i całego regionu. Bolko dbał nie tylko o zaplecze polityczne, ale także o bezpieczeństwo, w myśl zasady "my home is my castle". Stąd też budował i rozbudowywał zamki, tj. Bolko, Kliczków, Grodno i Książ, który był jego główną siedzibą. To także za czasów Bolka I, wrocławscy mieszczanie, mocno z nim skonfliktowani, musieli ukorzyć się przed księciem, rozbierając wcześniej fragment murów obronnych przez które wjechał konno do miasta. Dlaczego tak się stało? Otóż książe świdnicki, jako regent także księstwa wrocławsko-legnickiego, zatrzymywał dla siebie prawie 75% dochodów Wrocławia. To budziło zdecydowany sprzeciw wrocławian, ale... sprzyjało rozwojowi Świdnicy.  
Odbudowana  po 45 latach wieża ratuszowa, uroczyście otwarta 17 listopada 2012 roku, ma 58 metrów wysokości i przepięknie odwzorowany zegar na przezroczystym cyferblacie


Niesamowity jest fakt, że miasto przechodziło z rąk do rąk władców polskich, czeskich, niemieckich, a nawet przez kilkadziesiąt lat było w posiadaniu Królestwa Węgierskiego. Świdnica była miastem z tradycjami rzemieślniczymi i kupieckimi. Do połowy XVII wieku, czyli do wybuchu wojny trzydziestoletniej, słynęła z ewangelickiej dbałości o wolności obywatelskie. Natomiast po wojnie trzydziestoletniej rządy nad miastem objęli katolicy, stosując zasadę cuis regio, eius religio (czyli - czyje panowanie, tego religia). Ale, do dziś, ewangelicko-augsburski Kościół Pokoju, wpisany w 2001 roku na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury  UNESCO, jest jedną z najpiękniejszych wizytówek miasta. I został zbudowany właśnie po wojnie trzydziestoletniej z zastrzeżeniem, że ewangelicy wybudują go na własny koszt, poza murami miasta i z użyciem nietrwałych środków, takich jak drewno, glina i słoma. Chichot historii. Nietrwały, z założenia, kościół przetrwał, na przekór wszystkim, do dziś. Przetrwał wieki.

Oczywiście, katolicki kościół pw. Św. Stanisława i Wacława, a od 2004 roku także katedra diecezji świdnickiej, ustanowiona decyzją Jana Pawła II,  z najwyższą na Śląsku wieżą, i piątą co do wysokości w Polsce, górując nad miastem, przypomina o piastowskim fundatorze. I był nim syn pierwszego władcy księstwa, Książe Bolko II Świdnicki. Mimo że, starałam się unikać opisu miasta przez jego zabytki sakralne, i tak… nie udało mi się. Są one wpisane w miasto. Są fragmentami jego historii. Są związane z organizmem miejskim. I są także wyrazem ludzkich aspiracji. I tak, jak przed wiekami, każda droga w moim mieście, prędzej czy później, doprowadzi nas do nich…

Wieża katedry liczy 103 metry i jest najwyższa na Śląsku


#2 To, co można usłyszeć
Powtarzając za Gabrielem G. Marquezem, że „wszystkie ulice we wszystkich miastach nieuchronnie prowadzą do kościoła albo na cmentarz”, muszę, po raz kolejny, przyznać mu rację. I, tak też jest w Świdnicy… A te dwa zabytki, dwa kościoły, na zawsze określają wspólną, ewangelicką i katolicką zarazem, przeszłość miasta… Jeśli dodamy do tego nieistniejącą już żydowską synagogę to mamy przed oczami obraz z przeszłości. Obraz miasta wielu kultur… Miasta wielu narodowości… Miasta wielu języków... Miasta mojego wreszcie… A to, co na przestrzeni dziejów można było usłyszeć, spacerując świdnickimi ulicami, to, z pewnością, różne języki, jakimi posługiwali się ówcześni mieszkańcy i ci, co tu przybywali – od polszczyzny począwszy, przeprawiając się przez język czeski, hebrajski, łaciński, przez chwilę, podczas przemarszu wojsk napoleońskich zagościł tu także język francuski, a kończąc wyliczanie na hegemonii języka niemieckiego, by po wiekach znów wrócić do prapoczątków i do języka polskiego. Dziś miasto zaprasza swoich mieszkańców w sierpniu na I Integracyjny Zjazd Wszystkich Świdniczan, pokazując tym samym, że wszyscy są tak samo ważni. Różne kultury, różne języki i różne sposoby spojrzenia na świat czynią to miejsce ciekawszym. 

#3 To, co można przypomnieć
Wielojęzyczną historię miasta najlepiej widać dziś przed świdnickim Muzeum Kupiectwa. To tu można oglądać dwujęzyczną wystawę, przygotowaną w języku polskim i czeskim, poświęconą cesarzowej Annie Świdnickiej, księżniczce świdnickiej wydanej za mąż za króla Czech i cesarza rzymskiego Karola IV Luksemburskiego. Niestety Anna zmarła przedwcześnie w Pradze, w wieku zaledwie 23 lat podczas porodu trzeciego dziecka. Jednak do historii przeszła jako cesarzowa i matka późniejszego króla Niemiec i Czech Wacława IV Luksemburskiego. Pozostały po niej listy, między innymi korespondencja z wybitnym poetą włoskiego renesansu Francesco Petrarką (jego cykl wierszy znany pod popularną nazwą "Sonety do Laury", ukształtował sposób pisania o miłości jako o uczuciu głęboko metafizycznym). Natomiast listy cesarzowej Anny, pisane przecież w XIV wieku, do dziś świadczą o jej wykształceniu i zainteresowaniach. 


A przed muzeum, na ławeczce, od 2009 roku spokojnie siedzi i patrzy w gwiazdy Maria Kunic, świdnicka, siedemnastowieczna astronom, nazywana „Śląską Pallas”. Postać wybitna, obdarzona wyjątkowym talentem naukowym i pasją badawczą. Maria pochodziła ze śląskiej, ewangelickiej rodziny. Była świetnie wykształcona i władała siedmioma językami. Dziś jej posąg zdobi świdnicki rynek. A ona sama trzyma w ręku sferę i swoje tablice astronomiczne „Urania propitia”, które weszły w skład jej dzieła naukowego liczącego 552 strony, napisanego w dwóch językach, niemieckim i łacińskim. Dzieła, które zapewniło jej miejsce na naukowym parnasie.



 I tak historia splata się z rzeczywistością, także językową. Za plecami Marii, a przed samym wejściem do muzeum, króluje cesarzowa Anna z dynastii Piastów, sportretowana na dwujęzycznych planszach. Do języka polskiego, czeskiego i niemieckiego, dołącza więc ówczesna lingua franca wykształconego świata, czyli język łaciński.  To właśnie symboliczna postać Marii, wszechstronnie uzdolnionej kobiety naukowca i poliglotki, rozbudza najbardziej moją wyobraźnię. Jest ona dobrym, opiekuńczym duchem miasta. A od ponad czterech wieków naukowe osiągnięcia Marii w dziedzinie astronomii wciąż zachwycają kolejne pokolenia. Dlatego też dziś jedna z planetoid – 12624  Mariacunitia – nosi jej imię. A także jeden z nielicznych kraterów uderzeniowych na Wenus, Cunitz, nazwano na jej cześć. I pomyśleć tylko, że Wenus jest nazywana „planetą bliźniaczą” albo „siostrą Ziemi”. A Maria, świdniczanka także z urodzenia, stale patrząc w gwiazdy, zeszła także chwilowo na ziemię. Oby pozostała tu jak najdłużej… 

2013-07-14

Falling in Love with Journalism

                               
Każda pasja może być traktowana jak osobliwy przypadek miłości romantycznej. Od fazy zakochania i absolutnej fascynacji, po poznawanie i doświadczanie, aż do powolnego dochodzenia do prawdziwej, głębokiej i stałej relacji. Problem z pasją jest jednak taki, że nigdy nie wiemy, jak długo będziemy zakochani bezkrytycznie, choć, statystycznie, wypada że, faza miłości romantycznej bezpowrotnie mija po trzech latach. Potem widzimy więcej… niż sami chcielibyśmy zobaczyć.

Tak też, wspomnieniowo i nostalgicznie, próbuję rozprawić się z moją, czysto idealistyczną, pasją do dziennikarstwa. Minęło już wiele lat od czasu, kiedy po raz pierwszy, weszłam do budynku wrocławskiej Telewizji Polskiej. Minęło też wiele lat od czasu, kiedy, jako studentka piątego roku filologii polskiej, przystąpiłam do konkursu na dziennikarzy (dziennikarki) i prezenterów (prezenterki) telewizyjnych. Pamiętam z tamtych lat jedynie urywki, fragmenty własnych emocji… Porozrzucane w nieładzie puzzle wykształcenia, braku doświadczenia i głodu nowego zawodu… Ogromny tłum w ciemnym, telewizyjnym holu… Napięcie… Komisja, złożona z kilku osób… Błysk flesza (ktoś robił zdjęcia) i lamp w telewizyjnym studiu… Swoje pierwsze odbicie na monitorze… Głos, własny głos, który wyrywał się spod kontroli i brzmiał jakoś sztucznie, obco, nienaturalnie… Wreszcie – przeczytany pierwszy tekst (nie pamiętam jego treści)… A, potem ulga – powrót do domu… Do męża, do dziecka, do pisania pracy magisterskiej o literaturze faktu na przykładzie „Cesarza” Ryszarda Kapuścińskiego… I trwanie – w przyjemnym, rozedrganym bezładzie do czasu, kiedy przyjdzie informacja o wynikach rekrutacji. Prawdopodobnie, do dziś tkwiłabym w tym przyjemnym, rozedrganym bezładzie, i nie poznałabym wyników konkursu, gdyby nie determinacja mojego męża, który, osobiście, sprawdził wyniki… Wiedział, że mi zależy… Niesamowicie… Biały królik wyskoczył z kapelusza prestidigitatora wprost do zawodowego życia...



Potem mam już jedną, wielką, nieusegregowaną przestrzeń w pamięci niepamięci. Prawie pięć lat (dokładnie cztery i pół). Ogromna eskalacja emocji przez pierwszy rok w redakcji Faktów. Zachłanna nauka wszystkiego, co może być potrzebne. Pierwsze przebłyski koleżeństwa, dziennikarskie fascynacje, zawodowe inspiracje. Pierwsze spory z profesjonalistami. Szukanie odpowiedzi na pytanie - dlaczego tak? Ja się nie zgadzam… I smak pierwszego zwycięstwa – wewnątrzredakcyjna nagroda za maleńki materiał o zapomnianej i przemilczanej przez lata historii wrocławskich, ale niemieckich, pomników. I duma z odkrycia, z pewnością po raz kolejny w przypadku debiutującego dziennikarza, 17. południka, przebiegającego przez Wieżę Astronomiczną (zwaną też Matematyczną) gmachu głównego Uniwersytetu Wrocławskiego. Dlaczego, po latach, pamiętam smak początku, a nie przywołuję dojrzalszych i bardziej inspirujących zawodowych doświadczeń? Z pewnością  jest tak, jak z magdalenką Prousta – smak ciastka odkrywa to, co najbardziej intensywne. A, przecież, nie ma nic intensywniejszego, od smaku pierwszej miłości…



Kolejne lata mojego telewizyjnego dziennikarstwa obfitowały szczodrze, i to jest, oczywiście, moja subiektywna ocena. Wychodząc poza ramy stricte informacyjnego rzemiosła, będąc już w redakcji publicystyki, mogłam połączyć różne swoje pomysły (pełnokrwisty publicystycznie i społecznie program Tabu i reporterski Raport). Zaczęłam jednak od utonięcia w … Powodzi Tysiąclecia. Przez kolejne lata będę pamiętać to, co wtedy zobaczyłam. Pływanie amfibią z ekipą telewizyjną po wrocławskim osiedlu Kozanów. Przez kolejne lata będę przywoływać solidarność ludzi, którzy pomagali sobie nawzajem. Wspólne układanie worków z piaskiem. Przez kolejne lata, wreszcie, będzie odżywać we mnie zrozumienie dla faktu, jak zmienia się życie w obliczu katastrofy. Wrocław zatopiony do wysokości pierwszego piętra. Właśnie wtedy zrozumiałam także, że życie ma swoją wartość. Jest – bezcenne.

A, wziąwszy pod lupę, moje dziennikarskie doświadczenia z tamtych lat, muszę stwierdzić, że każde uczestnictwo w kolejnym wydarzeniu, od otwarcia przez kanclerza Helmuta Kohla i premiera Jerzego Buzka, Międzynarodowego Domu Spotkań Młodzieży w Krzyżowej, przez 46. Kongres Eucharystyczny, aż po 18. Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, każde z tych, i wielu innych spotkań z ludźmi, zostawiło we mnie swój emocjonalny ślad. Zresztą, w Krzyżowej nie debiutowałam dziennikarsko… Byłam tam kilka lat wcześniej. Byłam tam jeszcze jako osiemnastolatka, która, zainspirowana warsztatami dziennikarskimi, postanowiła napisać reportaż o zrujnowanym pałacu i trudnym, przez wiele lat, niemożliwym wręcz, przymierzu polsko-niemieckim. Ten reportaż nie powstał nigdy… Swoje rozwinięcie i zakończenie znalazł dopiero po latach w reportażu dla Telewizji Polonia.



Metaforą mojego podejścia do każdego zawodu i każdej pasji, która ten zawód wywołuje, jest zdobywanie szczytu K2. Każdy ma swoje K2. Dlaczego K2, właśnie? Od początku mojej pracy dziennikarskiej, to K2 towarzyszyło mi stale. Przyszło do mnie bez zaproszenia. Nie pukało. Nie prosiło o pozwolenie na publikację, i na autoryzację. Razem z moim redakcyjnym kolegą montowaliśmy duży reportaż, lub, jak kto woli, maleńki dokument, o pierwszym zdobyciu K2 (filarem północnym, od strony chińskiej, uważanej za najtrudniejsze podejście) przez polskich himalaistów z Krzysztofem Wielickim na czele. To wtedy zrozumiałam, przeglądając materiał filmowy,  że dla każdego K2 ma inny wymiar. Dla jednych – znalezienie się w bazie pod K2 – było już osiągnięciem szczytu marzeń. Inni, pchani siłą ambicji i pasji, wspierali tych najlepszych, zakładając olinowanie. Wreszcie, sam dream team pod przywództwem Krzysztofa Wielickiego, zdobył szczyt marzeń. Miara ambicji. Miara pasji. Miara doświadczenia. Wszyscy, na szczęście, wrócili w chwale (ratując, przy zejściu, życie wycieńczonemu włoskiemu himalaiście). A, ja, przez cały czas trzymałam za nich kciuki, relacjonując ich wyprawę dla Telexpressu, Panoramy, Wiadomości i, oczywiście, dla swojej rodzimej redakcji wrocławskich Faktów. Relacjonując na podstawie skrawków informacji uzyskiwanych od rodziny jednego z uczestników wyprawy, który pozostał w bazie. Ten świdniczanin mieszkał przez lata na tej samej ulicy, co ja, w tym samym mieście, chodził tymi samymi, a przecież, jakże różnymi drogami… Ta droga doprowadziła mnie po latach do Krzysztofa Wielickiego, z którym przeprowadziłam prawie dwugodzinny wywiad o zwycięskiej wyprawie. Wywiad ten posłużył za kanwę opowieści o człowieku, który urodził się, by zdobywać… I, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum (czternaście ośmiotysięczników).



Ten tekst miał wyglądać zupełnie inaczej. Jednak postanowiłam, że, tak jak w przypadku naszego życia, trzeba czasami uwolnić emocje… Po co pisać o świecie bez emocji? Niech więc stanie się … pasja. Tekst ten to hołd złożony wszystkim, którzy, mimo wszystko, trwają przy swoich przekonaniach. Wszystkim, którzy codziennie, mozolnie wspinają się  na swoje K2. Wszystkim, których nie zniechęcają przeszkody. A – moje K2? To pasja do pisania. Bez znaczenia – w jakim języku będzie utrwalana, polskim czy angielskim. Ważne jest, by pisać, nawet jeśli przy podejściu na szczyt tracimy oddech... I, jeszcze jedno. Nie byłoby tego tekstu, bez mojej miłości do dziennikarstwa. A, odkochując się z czasem, zyskujemy coś jeszcze… Wolność wyboru.

2013-05-28

Trolling

                                                                                   

Cały czas zastanawiam się nad tym, ile problemów sprawia tłumaczowi przekład słownictwa specjalistycznego. I, w tym przypadku, nie chodzi mi tylko o słownictwo ściśle techniczne, czy branżowe – przypisane do konkretnej grupy zawodowej, ale takie, które łączy się z różnymi dziedzinami wiedzy specjalistycznej. Od dwóch lat organizuję spotkania tłumaczy, które samoistnie przekształciły się w towarzyskie rozmowy na temat tego, co nas pasjonuje, ale także, co nam sprawia problemy. Z czym się borykamy i … dlaczego nie zawsze jesteśmy zadowoleni z wyborów, których dokonujemy przy selekcji konkretnego słowa. Stałe rozdarcie w pogoni za najlepszym ekwiwalentem w języku docelowym. Często jest tak, że „podskórnie” znakomicie rozumiemy obce słowo, w moim przypadku – słowo angielskie, ale, kiedy przychodzi do przekładu, okazuje się, że samo zrozumienie i wiedza translatorska nie wystarcza. Przekład, sam w sobie, zmusza do stałego poszukiwania. Do wyprawy w nieznane. Do odkrywania. Do wchodzenia w interakcję nie tylko z tekstem, ale także z innymi ludźmi…



Przypadek #1  Twitter

Jestem bardzo zaangażowaną użytkowniczką Twittera (to oczywiście wyłącznie moja, subiektywna opinia). Rozpoczynając dzień od filiżanki kawy, przeglądając pocztę, odpowiadając na maile i czytając artykuły, zawsze, w międzyczasie, otwieram swoje portale społecznościowe. Twitter - to dla mnie, osobiście, ogromna przyjemność z pozostawania w kontakcie ze społecznością zarówno polską, jak i anglojęzyczną. Dzięki Twitterowi mam okazję do wymieniania się zawodowymi informacjami ze specjalistami z całego świata. I to właśnie zachwyca mnie najbardziej. To takie zawodowe forum wymiany poglądów, doświadczeń i myśli. I to nie tylko z tłumaczami, ale także ze specjalistami z dziedziny mediów społecznościowych, marketingu, czy dziennikarstwa specjalistycznego. Nieogarniona baza wiedzy. Morze pomysłów.  Port, z którego wypływam codziennie  w poszukiwaniu zawodowej inspiracji. Wystarczy poznać odpowiednie hasła, a po jakimś czasie każdy użytkownik Twittera odnajduje swoje #hashtagi (w języku angielskim „hashtags” to nazwa znaku „#”, który służy jako kod do wzajemnej społecznościowej interakcji, np. #BeautyofScience, czy #PięknoNauki -  które polecam, gdyż korzystam z nich stale). Żeglowanie po oceanie wiedzy – zawsze zapewnione.



 Przypadek #2 Trollowanie

Nieoczekiwanie dla mnie samej, to właśnie jeden z użytkowników Twittera zapoznał mnie z terminem - „trollowanie”. Podzieliłam się ze społecznością artykułem Toma Chatfielda, dziennikarza brytyjskiego „Guardiana”, o wpływie Internetu na współczesny język angielski. Artykuł zatytułowany „The 10 best words the internet has given English”, moim zdaniem, w ciekawy, choć prosty, sposób, opisywał zjawisko powstawania i asymilacji angielskich słów ze standardem współczesnej angielszczyzny. Z lingwistycznego punktu widzenia, najciekawsze było to, że autor artykułu podawał etymologię słów związaną z historią języka. „Trolling”, obok „avatars”, „memes”, „hashtags”, „geeks czy „LOLs”, obrazował bardzo przecież interesującą - historię języka angielskiego. To właśnie w XVII wieku  słowo „trolling” zostało zaadaptowane ze starofrancuskiego. Wprost, semantycznie, związane było z łowieniem na błystkę. Zamiast zarzucania sieci używano „nęcenia” w oczekiwaniu na drapieżną rybę.

Dziś angielski termin „trolling for fish stał się bazą dla internetowego zjawiska „trollowania” (ang. trolling) na forach internetowych. I – jak się okazuje – termin ten nie ma nic wspólnego ze stereotypowym wyobrażeniem nordyckich, złośliwych trolli, którymi straszono niegdyś dzieci. Pochodzenie tego słowa jest więc ściśle związane z rybołówstwem, dalekomorskimi połowami i żeglowaniem. Poza tym,  wiedząc, że słownictwo języka angielskiego wchłonęło ponad 10 tysięcy francuskich wyrażeń, począwszy od XI wieku, nie zdziwił mnie wcale fakt, że, wbrew oczekiwaniom i pierwszym skojarzeniom, słowo to ma francuski rodowód właśnie. Dlatego też, chciałam podzielić się tym fragmentem wiedzy z innymi, zwłaszcza z polskimi tłumaczami, aż… sama zostałam uznana za osobę, która wpisuje się właśnie w  …. trollowanie! Poszukując ciekawostek lingwistycznych i historycznych, nieświadomie łowiąc na błystkę, złowiłam „drapieżnika”, który uznał mnie za, cytuję w oryginale: „my fav: #trolling RT @renatafiszer”.



Przypadek #3 Żeglarz

Tu mogłabym zakończyć opowieść o mojej przygodzie z trollowaniem. Jednak na tym nie koniec. Nastąpił niekontrolowanych połowów ciąg dalszy… Na wspomnianym spotkaniu z zaprzyjaźnionymi tłumaczkami, pojawił się zapowiedziany wcześniej gość, czyli osoba towarzysząca. Po cichutku, powolutku… rozwija się ta marynistyczna historia. Spotkaliśmy się wszyscy we wrocławskiej restauracji „Przystań”, aby było jeszcze ciekawiej. To moje żeglarskie fascynacje sprzed wielu lat spowodowały, że po raz drugi wybrałam to miejsce na spotkanie. Było przyjaźnie, sympatycznie, lingwistycznie… aż do czasu, kiedy okazało się, że przy czteroosobowym stole siedzi dwoje żeglarzy. Przy czym, tylko jedno z dwojga ( i - dla ułatwienia dodam, że to nie byłam ja) było prawdziwym żeglarzem – podróżnikiem… I tak historia zatoczyła koło. Wróciliśmy do punktu wyjścia i „trolling for fish” raz jeszcze powrócił, tym razem zachęcając do opowiedzenia przygody z Twitterem, trollowaniem i … pochodzeniem własnego nazwiska, które tak nieodmiennie kojarzy się z tym całym, żeglarskim zamieszaniem. W jednej chwili, nabierając wiatru w żagle, wypłynęliśmy na głęboką wodę różnorodnych skojarzeń… A tam czekały na nas arktyczne opowieści! Dosłownie (historie te sprawdziłam już po powrocie do domu). Metafizyczne doznania stały się więc częścią tego wieczoru. Pływając w sieci towarzyskich powiązań, nieoczekiwanie, trafiłam na prawdziwą „grubą rybę” lub, po prostu, wilka morskiego rodem  z autentycznego, żeglarskiego i podróżniczego świata. I tak ten świat - po raz kolejny i  niespodziewanie – złowiony został na przynętę w „Przystani”.



Nie ma bezpiecznych przystani. Są za to porty, które czasami musimy opuścić, aby dowiedzieć się więcej o nas samych… Trollowanie (ang.trolling) zaś, i to nie tylko internetowe, sprawia, że nigdy nie będziemy mieć pewności, co złowimy. Na pocieszenie pozostaje mi fakt, że zjawisko trollowania nie musi być postrzegane wyłącznie jako negatywne. Przez specjalistów od mediów społecznościowych zaliczane jest raczej do rodzaju interakcji na forum, której celem jest sprowokowanie do dyskusji i wymiany poglądów. Samo w sobie  - nie stanowi problemu (nawet jeśli inni zauważają, zamierzoną lub nie, naiwność w formułowaniu opinii), jeśli prowokuje do ciekawej, mądrej i owocnej dyskusji. Tak, na szczęście, stało się tym razem. Zarówno na Twitterze, jak i  w życiu. 

2013-04-25

I died for Beauty

Wiek XX. Europa. Polska. Małopolska. Kraków. Tu mieszkała i tworzyła Wisława Szymborska, polska poetka. Wiek XIX. Ameryka Północna. Stany Zjednoczone.  Stan Massachussets. Amherst.  Tu mieszkała i tworzyła Emily Dickinson, amerykańska poetka.  Geograficznie, dzieli je prawie wszystko. Biografie też mają skrajnie różne. Szymborska, mimo postawy obserwatorki życia, uczestniczyła w nim. Dickinson wycofała się z aktywności jako trzydziestokilkulatka, i zamknęła się, dosłownie, w pokoju na piętrze rodzinnego domu. Szymborska kochała i była kochana, pozostając w wieloletnim związku z pisarzem. Dickinson, prawdopodobnie w młodości doświadczyła ciężko ojcowskiej stanowczości, gdy ten sprzeciwił się planom małżeńskim córki i swojego aplikanta. Wybrała samotność, choć w otoczeniu najbliższej rodziny.  Szymborska cieszyła się dobrym zdrowiem i dożyła sędziwych lat. Dickinson wcześnie zaczęła zmagać się z chorobą, która pozbawiała ją wzroku, a w ostateczności, przedwcześnie, pozbawiła ją także życia.


Tak więc - cóż je łączy? W sumie - wiele … Poezja. Moim zdaniem, absolutnie wyjątkowa w obydwu przypadkach. Poezja przedzielona także językiem. Z jednej strony polszczyzna Szymborskiej, z drugiej angielszczyzna Dickinson. Obie próby językowe najwyższych lotów. Łączy je także uwielbienie świata, które widzą w podobny, tak, właśnie w podobny sposób. Mimo, z pozoru różnych postaw, dystansu do religii u Szymborskiej,  i prowadzonego przez całe życie burzliwego „sporu z Bogiem” u Dickinson, obydwie poetki chwalą świat, afirmują go, dostrzegając w nim wyjątkową urodę. Widząc naturę upersonifikowaną. Naturę, która jest siłą sprawczą …. Opatrznością samą w sobie. Nikt się jej nie oprze. Jej prawom podlegamy całkowicie. Natura jest też sprawiedliwością. Koniecznością. Przeznaczeniem. Początkiem i końcem zarówno ludzkiej egzystencji związanej z religijnością, tak jak w przypadku Dickinson, jak i egzystencji opartej na dystansie w stosunku do religijnego zaangażowania, tak jak jest to u Szymborskiej. Metafizyczna poezja Dickinson, wyrosła z buntu przeciwko rygoryzmowi purytańskiej tradycji i poezja dystansu u Szymborskiej. Sprzeczność? Tak, ale, moim zdaniem, tylko pozorna.


Precyzja języka w obydwu przypadkach. I, o ile przywykliśmy do tego, że język angielski jest, w stereotypowym postrzeganiu, językiem prostoty i umiaru, pozbawiony ozdobników (przymiotników) i zdrobnień, tak język polski…. Język polski w rozpasaniu zdrobnień, przymiotników, imiesłowów… w słowotwórczym słowotoku, który znamy już ze skamandryckiego zachwytu światem, ten sam język polski u Szymborskiej zostaje ujarzmiony. Poetka pozwala mu na błyski erudycji, popisy wokalne, rodem z wiersza „Kobiety Rubensa”… I na tym koniec. Pokazuje, jak włada tym rozpasaniem polszczyzny. Jak trafnie definiuje. Jak wybiera jedno słowo, po to, aby nie użyć dwóch zbędnych. I taka sama jest Dickinson, która, dodatkowo, rewolucjonizuje język poetycki. Rewolucjonizuje, więc, użycie języka angielskiego! Wielkie litery w środku wiersza? Myślniki, średniki, pauzy? Numery zamiast tytułów wierszy? Wtedy, według kanonu dziewiętnastowiecznej poezji, to było nie do pomyślenia! A jednak… Dokonało się. Niestety Emily Dickinson umarła niedoceniona. Dopiero po jej śmierci, jej ukochana siostra Lawinia, jak podaje za biografami poetki Stanisław Barańczak, znalazła w jej pokoju tysiąc równo posegregowanych wierszy. Nawet jej najbliżsi nie umieli ocenić rangi tej poezji… Szymborska zaś, doświadcza pod koniec życia, jak sama mówiła, „tragedii sztokholmskiej”. Nagroda Nobla, paradoksalnie, odebrała poetce, na szczęście - chwilowo, władzę nad własnym życiem. Uwięziła ją. Poniekąd sparaliżowała. Pokazała, że polska poetka nie jest bywalczynią rautów i najlepiej czuje się jako obserwatorka, a  nie jako obserwowana. Woli podpatrywać, a nie lubi być podpatrywana. I nagle okazuje się, że zarówno Szymborska, jak i Dickinson, mają podobną konstrukcję psychiczną, a stąd już bliżej do podobieństw w odbiorze świata. „Skoro nie mogłam mieć Wszystkiego, nie dbałam o brak mniejszych Rzeczy” napisze Dickinson, uzasadniając swoje odejście od świata. „Nic dwa razy się nie zdarza” napisze ponad sto lat później Szymborska, wierząc, że jest jej dane przeżyć swoje życie najlepiej jak tylko potrafi. Przeżyć je, patrząc na nie z dystansem, ironicznie wręcz. Przeżyć je raz…, gdyż tylko tyle jest nam dane. Czesław Miłosz nazywał Szymborską poetką świadomości, choć, moim zdaniem, w tym przypadku angielskie "a poet of conciousness", jest pojemniejsze semantycznie



Poza wyjątkowością poezji, powściągliwością języka, a także podobieństwami w  dystansowaniu się do świata, poetki połączyła, niespodziewanie, także osoba tłumacza. Stanisław Barańczak. Polski poeta, tłumacz, krytyk literacki i wykładowca literatury polskiej na Harvardzie. Poznaniak. Mieszkający w Stanach Zjednoczonych. To on dokonuje przekładu wierszy Dickinson z języka angielskiego na język polski. To on także przekłada wiersze Szymborskiej z języka polskiego na język angielski, choć nie był pierwszym tłumaczem jej wierszy. Mawia się, że poezja powinna mieć szczęście do świetnych przekładów… Tak stało się w obu przypadkach. Barańczak, potem w duecie ze swoją amerykańską studentką Clare Cavanagh, poświęca tej poezji wiele. Oddaje jej siłę i precyzję w tłumaczeniu. Oddaje kunszt. Poza tym, poezja ta prawie nic nie traci w przekładzie, umykając tym samym spod topora, który zazwyczaj spada na głowę tłumacza. „Lost in translation”, czyli „stracone w tłumaczeniu” - tu nie znajduje zastosowania. A sam Barańczak, w świetnych skądinąd esejach zebranych w tomie "Ocalone w tłumaczeniu", rozprawia się z trudnościami z jakimi musi zmierzyć się tłumacz. Z różnicami języków, epok i systemów wartości. "Otóż przekład jest właśnie dialogiem" stwierdza Tomas Venclova, omawiając eseje Barańczaka.

Czytałam te wiersze wielokrotnie, zarówno w moim języku ojczystym, jak i w języku angielskim. Czytałam też w odwrotnej kolejności, aby sprawdzić siłę słowa. Czytałam zachłannie. Byłam ciekawa, jak brzmi poezja Szymborskiej w moim ulubionym języku obcym. Cóż… brzmi świetnie! I, na dodatek, wcale nie brzmi obco. Warstwa fonetyczna utworów jest przecież bardzo ważna dla obu poetek. Często zestawiają ze sobą onomatopeje, choć dźwiękonaśladowczość tych dwóch języków jest skrajnie różna. I tłumacz przechodzi przez te problemy poszukując ekwiwalencji. Lub decydując, że skoro odpowiednika brak… trzeba przypomnieć słowo, które w obcej kulturze będzie miało sens. Tak jest ze strofą z wiersza 657 u Emily Dickinson.

I dwell in Possibility –                                   Mieszkam w pałacu Możliwości –
A fairer House than Prose –                          Piękniejszy to dom od Prozy –
More numerous of Windows –                      O wiele więcej Okien –
Superior – For Doors –                                 Drzwi można szerzej otworzyć –

W przekładzie Barańczaka dodano słowo „pałac” w pierwszym wersie, którego nie ma przecież w oryginale. W języku polskim jednak jest potrzebnym uzupełnieniem, mimo że narzuca nam wizję tłumacza raczej, niż samej poetki. „Pałac” jest bogaty w konotacje. Nieodmiennie kojarzy się z przepychem, luksusem, bogactwem… W języku angielskim czasownik „to dwell”, czyli „mieszkać”, "przebywać" brzmi bardzo realnie, fizycznie niemal, a zarazem... . Różni się od fizycznego bycia czasownika „to live”. "Dwell" jest łączone nie tylko  z miejscem, ale także ze stanem, np. stanem umysłu (warto przypomnieć dwell in joy).  Stąd rozbieżność w tłumaczeniu, która zostaje jednak uzasadniona w kolejnych wersach. W oryginale nie mamy jasno sprecyzowanego miejsca, ponieważ pierwszy wers nie dookreśla go. W tłumaczeniu - „pałac” narzuca nam wyobrażenie o budynku, który ma wiele pięknych okien i drzwi. Dickinson ukrywa „fizyczność” pobytu, wyróżniając „Możliwości”. To one są kluczem do zamka…, tylko trzeba znaleźć odpowiednie drzwi.



Sztuka przekładu, to, nie zapominajmy, także sztuka tłumaczenia różnic kulturowych. A pomiędzy polską a amerykańską obyczajowością, zwłaszcza tak odległą od siebie w czasie,  jest zbudowany mur z różnic. Niezrozumienia obcej kultury. Stąd też łatwo o błędy, potknięcia, wypaczenie sensu… Poezja tego nie wybacza. Na szczęście – wybaczać nie musiała. „I died for Beauty” – „Zmarłam szukając Piękna”, cytując Emily Dickinson, najtrafniej podsumowuje czasowość i ponadczasowość poszukiwań u obu poetek. Tłumaczom natomiast, ćwiczenia językowe z poezji, która uczy precyzji i odpowiedzialności za słowo, zawsze będą potrzebne. 

2013-04-15

Jak pisać..., czyli jak żyć?

Jak pisać dobrze? To trudne pytanie, na które nikt jeszcze nie znalazł jednej celnej, zwięzłej i wyczerpującej odpowiedzi... Jak pisać dobrze i poprawnie, zarówno w języku polskim, jak i w języku angielskim - oto jest pytanie! I wyzwanie... Postanowiłam więc, zmierzyć się z materią słowa pisanego... dwujęzycznego, polifonicznego i rozpisanego na dwa instrumenty, którym są także dwie różne kultury, i dwa zupełnie odmienne sposoby patrzenia na świat. Słowo polskie i słowo angielskie. Kontrast, różnica, spięcie! Słowem - burzliwe wyładowanie. 





Słowo, które raz zostaje zapisane, wraca do nas stale, ponieważ, jak mawia stare, dobre przysłowie, słowo wylatuje wróblem, a wraca wołem. Siły rażenia słowa nie da się więc przecenić. Jednak można je trafnie ocenić... . Pozostaje jeszcze pytanie, jak pisać dobrze, poprawnie i ciekawie? Jak wzbudzać zainteresowanie, pobudzać do myślenia, ożywiać wyobraźnię... ? Jednym słowem, jak zawładnąć tą, pozostającą do zagospodarowania, przestrzenią, w której drzemią umysły, lewitują emocje i unoszą się oczekiwania naszych czytelników? 






Trudne pytania, jeszcze trudniejsze odpowiedzi i ... najtrudniejsze zadanie do wykonania. Opisanie, w formie bloga, tego, co ulotne, kapryśne i często, po prostu, nieprzetłumaczalne. Pisanie o pisaniu i tłumaczeniu zarazem? Tak, to właśnie jest odpowiedź na właściwie postawione pytanie.:))




Renata Fiszer - tłumaczka języka angielskiego, właścicielka biura tłumaczeń Fiszer Business Translations. Specjalizuje się w tłumaczeniach biznesowych i szkoleniach z biznesowego języka angielskiego (Business English).

***
Jestem niezmiennie przekonana o urodzie słowa i tekstu pisanego. Zauroczona przekładem. Zafascynowana nauką. W stałym rozdarciu pomiędzy... chęcią działania a pasją pisania. Słowo "hybryda" wpisuję na stałe do swojego słownika... Hybrydyczność, sama w sobie, jest mi więc przeznaczona... Na granicy dwóch światów - materialnego i  wirtualnego, istnieje gdzieś idea słowa doskonałego...